LEKTURA DLA CZŁONKÓW III ZAKONU NA KWIECIEŃ 2026 R.
Z WYZNAŃ ŚW. AUGUSTYNA (VIII, 6)
W jaki sposób wyzwoliłeś mnie z więzów zmysłowego pożądania, które mnie
najmocniej krępowały, jak też z wysługiwania się sprawom doczesnym, teraz
opowiem. I uwielbię za to imię Twoje, Panie, Wspomożycielu mój i Odkupicielu.
Życie moje [w Mediolanie] toczyło się na pozór bez zmian, ale coraz bardziej
wzmagał się we mnie niepokój i codziennie z tęsknoty wzdychałem ku Tobie.
Ilekroć miałem chwilę wolną od przytłaczających mnie zajęć, odwiedzałem Twój
kościół. Towarzyszył mi Alipiusz, uwolniony teraz od obowiązków prawniczych po
trzecim okresie sprawowania urzędu asesora. (…) Pewnego dnia, kiedy Nebrydiusza
– już nie pamiętam, z jakiej przyczyny –
nie było z nami, odwiedził mnie i Alipiusza w naszym domu niejaki Pontycjan.
Był to Afrykańczyk, a więc nasz ziomek; piastował wysokie stanowisko na dworze
cesarskim. Miał on do nas jakąś sprawę. Siedliśmy więc i rozmawialiśmy. Nagle
Pontycjan zauważył na stojącym w pobliżu stole, przeznaczonym do gier, książkę.
Wziął ją w ręce, otworzył i ze zdziwieniem stwierdził, że to apostoł Paweł.
Afrykańczyk spodziewał się raczej jakiejś książki związanej z tą oratorską
profesją, która mnie wyniszczała. Uśmiechnął się i patrząc mi głęboko w oczy,
powiedział, jak bardzo się cieszy, że tu, najbliżej mnie, znalazł tę właśnie, i
tylko tę, książkę. Okazało się, że był to chrześcijanin, wierny Twój sługa,
który często przed Tobą, naszym Bogiem, klękał w kościele, modląc się długo i
żarliwie. Kiedy mu powiedziałem, że bardzo dokładnie studiuję pisma apostoła
Pawła, zaczął mi opowiadać o mnichu Antonim z Egiptu. Słudzy Twoi niezmiernie
czcili imię tego męża; ale nam było ono dotychczas nie znane. Zaskoczony, że
nic o nim nie wiemy, Pontycjan szczegółowo nam opowiadał o Antonim, abyśmy wreszcie poznali
postać tego wielkiego człowieka. Nie mógł się nadziwić, że nigdy przedtem o nim
nie słyszeliśmy.
My zaś zdumiewaliśmy się tym, że oto
tak niedawno, właściwie w naszych czasach, dokonałeś, Panie, tak wielkich cudów
– w siedzibie prawdziwej wiary, w katolickim Kościele. Wszyscy więc byliśmy zdziwieni:
my – że to były rzeczy tak wspaniałe; on – żeśmy dotąd o nich nie słyszeli.
Następnie zaczął Pontycjan opowiadać o wspólnotach zakonników żyjących w
klasztorach, o ich obyczajach tchnących Twoją słodyczą, jak też o płodnych
pustyniach, krainach pustelników; o tym też nie wiedzieliśmy dotychczas nic a
nic. Nie wiedzieliśmy nawet tego, że tuż, w Mediolanie, za murami miasta
znajdował się klasztor pełen dobrych braci, pozostający pod pieczą Ambrożego.
Pontycjan opowiadał i opowiadał, a my siedzieliśmy bez słowa, zasłuchani. W
jakimś momencie zaczął mówić o swoim pobycie, razem z trzema towarzyszami, w
Trewirze. Pewnego popołudnia, kiedy cesarz przypatrywał się igrzyskom w cyrku,
oni wyszli na przechadzkę po ogrodach przylegających do murów miejskich.
Podzielili się na dwie grupy: Pontycjan szedł z jednym towarzyszem, a osobno
szli dwaj inni. W właśnie wtedy druga z tych par natrafiła na dom, w którym
mieszkali Twoi słudzy ubodzy w duchu, tacy, których jest królestwo niebieskie.
I znaleźli tam książkę z opisem życia Antoniego.
Jeden z nich zaczął czytać i stopniowo
budził się w nim coraz większy podziw, coraz głębsze wzruszenie. Zanim przestał
czytać, już myślał o tym, żeby wybrać takie życie i porzuciwszy doczesną służbę
zaciągnąć się pod Twój znak; a byli oni tak zwanymi agentes in rebus
[funkcjonariuszami tajnej policji cesarskiej]. Ogarnęła go tęsknota do
świętości. Jego dotychczasowe życie budziło w nim wstyd i gniew. Podniósł oczy
znad książki i rzekł do przyjaciela: „Słuchaj, co my właściwie chcemy osiągnąć
wszystkimi naszymi staraniami? Czego szukamy? W jakim celu pełnimy naszą
służbę? Czyż możemy spodziewać się w pałacu czegokolwiek ponadto, że otrzymamy tytuł przyjaciół cesarza? A czyż
wtedy nasze położenie nie będzie nadzwyczaj niepewne i niebezpieczne? A przez
ileż to innych niebezpieczeństw brnie się do tego większego zagrożenia? I jak
długo trzeba będzie do tego dążyć? A przyjacielem Boga – jeśli tylko zechcę – w
tej oto chwili się staję”.
Tak rzekł i znowu pochylił się nad
książką, targany bólem rodzącego się w nim nowego życia. Czytał i wewnętrznie
się przemieniał, co tylko Ty mogłeś dostrzec. Duch jego, jak miało niebawem się
okazać, uwalniał się od świata. Kiedy czytał i kiedy serce łomotało mu w
piersi, z której się wydzierały stłumione westchnienia, rozpoznawał lepsza
drogę życia i podejmował postanowienie, że będzie po niej kroczył. Już należał
do Ciebie! „Już oderwałem się od naszej dawnej nadziei – rzekł do przyjaciela –
i postanowiłem służyć Bogu, a zaczynam to już teraz, w tej godzinie, w tym
miejscu, gdzie jestem. Jeśli nie chcesz mnie naśladować, to przynajmniej mi nie
przeszkadzaj!”. Lecz tamten rzekł, że owszem, zostanie razem z nim, bo taka
służba jest zaszczytna i wielka za nią będzie nagroda. Obaj, należąc już do Ciebie, zbudowali wieżę
kosztem odpowiednim – czyli kosztem porzucenia wszystkiego, co mieli, i pójścia za Tobą. Pontycjan zaś i towarzysz, który razem z nim się przechadzał
w innej części ogrodu, szukając tamtych dwóch, wreszcie doszli do owego domu, a
zobaczywszy kolegów, wezwali ich do powrotu, bo już zmierzch zapadał. Wtedy
tamci opowiedzieli o swoim postanowieniu i zamiarach, jak też wyjaśnili, w jaki
sposób ukształtowała się w nich i umocniła taka decyzja. Prosili towarzyszy,
żeby jeśli sami się do nich nie przyłączą, im dali spokój – oni chcą tu zostać.
Pontycjan i jego towarzysz wprawdzie nie zmienili sposobu życia, jednak byli –
jak nam opowiadał – do łez poruszeni tym zdarzeniem.
Z wielką czcią wyrazili im swój podziw, polecili się ich modlitwom i – dźwigając serca ciążące ku ziemi – wrócili do pałacu. Tamci zaś, sercami
przywarłszy do niebios, zostali w owym domu. Obaj ci ludzie mieli narzeczone.
Gdy dowiedziały się o ich postanowieniu, one także ofiarowały swe dziewictwo
Tobie. Wszystko to nam opowiadał Pontycjan.
(św. Augustyn, Wyznania, Wyd.
Znak, Kraków 2006, s. 205-209)