trzecizakonfsspx.blogspot.com jest stroną Trzeciego Zakonu Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X w Polsce.
Znajdują się na niej najważniejsze informacje z życia naszej Duchowej Rodziny, intencje modlitewne oraz listy Duchowego Ojca, rozważania, biuletyny i wykłady.

Intencje modlitewne obowiązują od każdego pierwszego dnia miesiąca (będą podawane kilka dni wcześniej),
rozważania na dany miesiąc będą zamieszczane ostatniego dnia miesiąca poprzedzającego.

wtorek, 31 marca 2015

Rozważanie na miesiąc KWIECIEŃ



REGINA CAELI LAETARE
Była jeszcze głęboka noc, księżyc już zaszedł, na niebie jasno świeciły gwiazdy. W ogrodzie józefowym panowała cisza, palmy, cyprysy i myrty zdawały się oddychać świeżością nocy, na kiściach traw i kielichach kwiatów perliła się rosa. Ludzi nie było wokoło i samo miasto spało u stóp wzgórza. Tylko przed skałą, w której wykuty był grób, trzymali wartę piłatowi żołnierze. Jeden z nich siedział przy dogasającym ognisku, to budząc się na chwilę, to znowu opuszczając na piersi snem zmorzoną głowę. Drudzy powbijali włócznie w ziemię, położyli hełmy na boku i owinięci w płaszcze spali twardo. Czuwali już prawie sześć godzin, a nic podejrzanego nie zaszło, więc czuli się bezpieczni. I wewnątrz grobu panowała cisza. Ciało Chrystusowe leżało spokojnie w spowiciu, bez śladu skażenia, ale i bez śladu życia. Tak samo blade i sine, jak po zdjęciu z krzyża, tak samo rozorane setkami niezagojonych ran, tak samo zimne i zakrzepłe.
Minęła północ. Rozległo się z daleka pianie kogutów. Gwiazdy na wschodzie zaczęły lekko blednąć, zwiastując, że za jaką godzinę zacznie się pierwszy świt. I w tejże samej chwili wnętrze jaskini grobowej poczęło świecić zrazu łagodnie, potem coraz jaśniej jakimś blaskiem słodkim, nadziemskim. Co to jest? Wszak jeszcze ciemno wokoło! Czy czarna czeluść grobu, zaparta drzwiami i przywalona kamieniem, wcześniej ujrzała jutrzenkę, niż otwarte wzgórze? Tak, to była prawdziwa jutrzenka, „gwiazda jasna i zaranna, wschód wysokości” i „jasność światłości Bożej”. Dusza Chrystusowa z orszakiem duchów wybawionych z otchłani weszła do grobu. Z niewymownym podziwem i rzewnym wzruszeniem oglądali święci ciało Pańskie i czytali w tej otwartej księdze, co Chrystus wycierpiał i jak ich umiłował. Prorocy patrzyli teraz z bliska na to, co niegdyś widzieli poprzez mgłę wieków: na przebite ręce i nogi, pobite oblicze, zsieczone rózgami plecy, otwarty bok, na siność i opuchliznę niechwalebnej postaci męża boleści. Ale oto miała na ich oczach dokonać się i ta cudowna przemiana, która ongiś wyrwała im z ust tę pieśń zachwytu: „Wielbić Cię będę Panie, bo wywiodłeś z podziemia duszę moją, gdyż w woli Twojej życie i wedle woli Twojej dałeś piękności mojej moc. Wieczorem był płacz, ale poranek przyniósł radość. Zdarłeś wór mój, a oblekłeś mnie weselem, aby Ci śpiewała chwała moja”.
Dusza Chrystusowa jak gdyby pochyliła się nad ciałem i wnikła weń jak promień światła, jak żar wnika w żelazo. I z duszą weszło życie i nie tylko życie, ale wlał się w martwe członki z niesłychaną potęgą jakiś pełny zdrój nieśmiertelności i siły, młodości i zdrowia. Opadły jak pajęczyna pogrzebowe spowicia. Ciało podniosło się lekko, nie jak dźwiga się człowiek, ale jak motyl wzlatuje z nad kwiecia. I Chrystus stanął nad pustym grobem żywy, rzeczywisty, widzialny, tylko ponad wszelkie ludzkie wyobrażenie promienny. Z wnętrza postaci Jego zdawała się tryskać jasność nadziemska a łagodna. Na ciele kwitnącym jak kwiat nie było śladu mąk, oprócz blizn rąk, nóg i boku, otwartych, ale tak lśniących jak najcudniejsze rubiny. Głowę otaczał krąg blasku. Twarz miała wyraz niewymownego majestatu, a zarazem wesela i najsłodszej dobroci. Długa szata, jak w pogodny wieczór niebo zachodnie, mieniła się w barwach purpury i śniegu, fioletu i złota. Po bokach Pana, jako dwór koło swego króla, stanął orszak wskrzeszonych z Nim razem świętych. Chrystus wzniósł oczy w niebo i pierwszymi po zmartwychwstaniu słowami, zwrócił się do Ojca: „Dziękuję Tobie Ojcze, żeś mnie uwielbił chwałą, którą miałem u Ciebie pierwej niźli świat był. Powstałem z martwych i znowu jestem z Tobą; byłem umarły, a oto jestem żyjący na wieki wieków. Wysławiać Cię będę żeś mnie przyjął i wyznawać Cię będę Boże na wieki”. Skończył modlitwę i wzniósł się w górę, a za Nim rzesza błogosławionych. Przez skałę sklepienia przeniknęli tak lekko, jak ptak, co lotnym skrzydłem przebija mgłę. Jakby niesiony na rękach anielskich, popłynął cały orszak z pieśnią wesela ku miastu. To wszystko jednak stało się tak cicho, że ani liść nie drgnął na palmach, ani kropla rosy nie opadła na ziemię. Nie słyszało ucho ludzkie i nie widziało oko śmiertelnika, że w głębi zamkniętego grobu dokonał się przedziwny triumf życia nad śmiercią. Ale był czas oznajmić światu, że „pożarta jest śmierć w zwycięstwie”.
W ogrodzie panował dalej niezmącony spokój i żołnierze leżeli u skały, w półsennej straży, gdy nagle przerwał ciszę jakby głos gromu, lub gwałtownego wichru. Zadrżała ziemia, po drzewach i skale przebiegł błysk jasnego światła. Anioł Pański jak błyskawica spadł z nieba i stanął na ziemi pomiędzy drzwiami grobu a strażą. Ubrany był w szaty śnieżnej białości, oczy jego zdawały się tryskać ogniem, a twarz była pełna mocy i gniewu. Odwalił kamień i otworzył szeroko drzwi, a potem usiadł na głazie pełen grozy i majestatu. Żołnierze zerwali się z ziemi w osłupieniu i natychmiast znowu padli na twarze. Blask oślepił ich oczy. Widok groźnego oblicza anioła ściął im krew w żyłach. Leżeli chwilę bez ruchu, nie wiedząc sami, czy żyją jeszcze, czy już umarli. Wreszcie zerwali się z ziemi i gnani szaloną trwogą rzucili się do ucieczki. Za moment znikli już za murem, pozostawiając hełmy i włócznie, i gasnące ognisko. W ogrodzie znów zapanowała cisza. Anioł siedział dalej na głazie, już nie żeby gromić złych, ale żeby głosić dobrym słodką nowinę zmartwychwstania.
Gdy to się działo przy grobie, gdzieindziej już brzmiało radośnie, pierwsze na ziemi „Alleluja”. Nie objawił nam tego Pan Jezus w Piśmie Świętym, ale objawił w księdze najsłodszego swojego Serca, że pierwsze promienie pociechy, którymi Zmartwychwstały miał krzepić swych wiernych, musiały być dla Matki. Ona najwięcej ucierpiała ze wszystkich. Ona najbliżej stała przy krzyżu, a taka cicha, tak zupełnie wyzuta z siebie! Czyż na Niej pierwszej  nie miało się spełnić, że „wasz smutek w radość się zamieni”? Panienka Najświętsza nie miała pewnie osobnych zapowiedzi, że ujrzy Syna zaraz po Jego wyjściu z grobu, ale liczyła na Jego Serce, nie inaczej jak niegdyś w Kanie Galilejskiej. Więc przystroiła jak mogła swą izdebkę i przywdziała odświętne szaty, a potem uklękła do modlitwy i z niewymowną tęsknotą wzdychała rzewniej niż Jakub do oglądania Józefa i goręcej niż Tobiasz do powrotu syna. Gdy tak się modliła, pełna pokornej ufności, doleciała Jej uszu jakaś muzyka przedziwnie słodka i chór wielu głosów, śpiewających radośnie a mile. Płynęły te dźwięki gdzieś z góry i ze wszystkich stron, a jednak nie z ziemi, ale jakby z za tajemniczych wrót, którymi Bóg wchodzi do duszy, i przez które dusza wznosi się do Boga. Serce Najświętszej Panienki zabiło radością. Pojęła od razu, co zwiastują te słodkie tony. I w rzeczy samej, w miarę jak głosy zbliżając się rosły w potężną pieśń wesela, zaczęła izdebka rozświecać się światłem niebieskim. Nie tylko mrok już zginął, ale utonął w blasku płomyk lampki oliwnej, stojącej na stole. Jasność była wielka jak w samo południe, żywa jak słońce, a łagodna jak księżyc.
Matka Najświętsza powstała z ziemi i podniosła oczy z niewymownym wzruszeniem. Ściana pokoju jak gdyby gdzieś znikła, jak gdyby otwarły się na jej miejscu podwoje przybytków niebieskich. U progu komnatki, wśród fali najpełniejszego światła, żywy, prawdziwy, najmilszy, stanął Jej Jezus, a za Nim nieprzebrana rzesza aniołów i świętych. Maryja uklękła znowu i złożyła ręce w zachwycie, lecz Syn zbliżył się do Niej, podniósł Ją z ziemi i przycisnął do serca. Długo trzymał Ją tak w objęciach, dziękując słodko za wszystko, co przecierpiała z Nim. Napełnił pociechą Jej najdroższe oczy macierzyńskie, co drętwiały przy tylu strasznych widokach; Jej twarz, na której dzień męki wyrył jakby bruzdy bólu i przede wszystkim Jej Serce, które ponad miarę napełnione było wszelką goryczą. Maryja nie mówiła nic, tylko jasne łzy płynęły Jej po twarzy: „Co mam na niebie i czego mogę pragnąć na ziemi, jeno Ciebie Boże serca mego i cząstko moja, Boże na wieki!”. Radość Jej była pełna. Wszystkie bóle wydały się teraz jak sen wczorajszy, który przeminął. Jezus już nie cierpi, ale opływa weselem; już nie wzgardzony, ale jaśniejący chwałą! Zamiast korony cierniowej otacza Jego głowę krąg blasku; zamiast oprawców, chór świętych; rany zostały, ale cudniejsze niż kwiaty; z całej postaci tryska pełnia nieśmiertelnego życia i siły, pogody, szczęścia, majestatu, dobroci…
Maryja patrzyła na Syna jak wniebowzięta, a On Jej opowiadał, że jeszcze jakiś czas spędzi na ziemi, a potem wstąpi do nieba. Rozwijał przed Nią plany Królestwa Bożego i wskazywał miejsce dla Niej samej przeznaczone, miejsce po Bogu najwyższe. Odtąd, wzniesiona nad wszelkie stworzenie i ukochana nad wszelkie stworzenie, tak przez Boga jak i przez ludzi, z prawami matki w niebie i z prawami matki na ziemi, zasiądzie przy tronie Jego, by rozdawać łaski; by być narzędziem miłosierdzia i ucieczką wszystkich biednych; by móc miłością, dobrocią, słodyczą „jak mgła okryć całą ziemię”. I chciał Pan Jezus od razu wprowadzić Matkę w tę świętą rolę, którą wysłużyła sobie pod krzyżem. Jak Jemu rzekł Ojciec po zmartwychwstaniu: „Niech Ci się pokłonią wszyscy aniołowie Boży”, tak On chciał teraz pokazać swą Matkę orszakowi świętych, by oddali cześć swej Królowej. Więc zbliżyły się jasne rzesze wybawionych z otchłani. Szły długim sznurem szeregi patriarchów, począwszy od Adama i Ewy; szli królowie i prorocy, szli święci do Jana Chrzciciela i najmilszego Oblubieńca Maryi św. Józefa. Rozpoznawali w Niej proroctwa i figury, którymi karmiła się ich wiara. Cieszyli się Jej pięknością i chwałą. Oddając pokorny pokłon powtarzali chórem: „Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony Pan, co imię Twoje tak wywyższył, że sława Twoja nie zginie z warg ludzkich, pamiętnych mocy Bożej. Tyś chwałą Jeruzalem, Tyś weselem Izraela, Tyś chlubą ludu całego”. Panienka Najświętsza stała pokorna, lecz niezmieszana, a na słowa czci odpowiadała w sercu modlitwą: „Uczynił mi wielkie rzeczy, który możny jest, a święte imię Jego”. Gdy skończył się pokłon, Chrystus raz jeszcze wziął Matkę w objęcia, obiecał, że nieraz ujrzy Go jeszcze na ziemi i całe cudne widzenie zgasło. Wrócił mrok do biednej izdebki. Maryja znów klękła do modlitwy, ale do uszu Jej dochodziła jeszcze przez chwilę ginąca w dali pieśń: Regina coeli laetare! Alleluja!
ks. Jan Rostworowski S.I., Obrazki z życia Zbawiciela, Wyd. Księży Jezuitów Kraków 1923, s. 283–289
pisownię uwspółcześniono